Origi strzelił sześć goli Evertonowi i stał się wiecznym idolem Liverpoolu

Niewielu zawodników w najnowszej historii Liverpoolu zbudowało dziedzictwo tak nieproporcjonalne do czasu spędzonego na boisku. Divock Origi, belgijski napastnik, który nosił koszulkę The Reds przez siedem lat, nie był absolutnie podstawowym graczem – ale był decydujący, gdy najbardziej się liczyło. A to w piłce nożnej znaczy więcej niż jakakolwiek seria zapominalnych dobrych występów.
Człowiek od niemożliwych momentów
Origi przybył na Anfield w 2014 roku, zakupiony z Lille, ale pozostał jeszcze jeden sezon na wypożyczeniu we francuskim klubie, zanim na dobre zameldował się u Jürgena Kloppa. W pierwszych dwóch latach z realną obecnością w kadrze osiągał dwucyfrową liczbę goli w każdym sezonie. Potem nadszedł okres w cieniu. Dla wielu byłby to koniec historii.
Nie był. W grudniu 2018 roku Belg pojawił się w doliczonym czasie drugiej połowy, w 96. minucie, by pogrzebać Everton w derbach, które zdawały się zmierzać do remisu. Dziwny, improwizowany i genialny zarazem. Tamten gol był jak iskra: od tego momentu Origi przeżywał swoje najbardziej zapadające w pamięć miesiące w klubie.
Barcelona, Tottenham i noc, której się nie zapomina
Kilka miesięcy później, w maju 2019 roku, Liverpool musiał odrobić 3:0 u siebie, by wyeliminować Barcelonę w półfinale Ligi Mistrzów. Origi otworzył wynik. I go zamknął. W międzyczasie Georginio Wijnaldum dopełnił odwrócenia losów dwoma golami. Końcowe 4:0 zapadło w zbiorową pamięć futbolu jako jedna z największych odwróconych przegranych w historii rozgrywek.
Wisienka na torcie została podana w Madrycie. W finale przeciwko Tottenhamowi z zimną krwią wykończył akcję lewą stroną, by przypieczętować zwycięstwo i wręczyć Liverpoolowi szósty tytuł europejski w jego historii. Był 1 czerwca 2019 roku. Origi strzelił gola, który zamknął Ligę Mistrzów.
Luksusowy rezerwowy, kolekcja tytułów
Liczba jest wymowna: 61% jego występów w klubie zaczynało się z ławki. Mimo to zgromadził wystarczająco tytułów, by zapełnić każdą półkę – Premier League, Liga Mistrzów, FA Cup, League Cup, Superpuchar UEFA i Klubowe Mistrzostwa Świata FIFA. Wystąpił w 28 meczach sezonu, w którym Liverpool zdobył angielskie trofeum.
Jego ostatnie gole w czerwonej koszulce dorównały zbudowanej reputacji: zwycięski gol w doliczonym czasie przeciwko Wolverhampton, decydujące trafienie na San Siro przeciwko AC Milanowi i jeszcze jeden przeciwko Evertonowi na zamknięcie rachunków. Zawsze on. Zawsze we właściwym momencie. „Jestem bardzo szczęśliwy, że mogłem odegrać swoją rolę w tym niesamowitym klubie”, powiedział, żegnając się.
Gdyby istniały plebiscyt na największego kultowego idola najnowszej historii Anfield, Origi prawdopodobnie by go wygrał. Albo byłby bardzo blisko.





